Wczoraj minęły trzy miesiące od pierwszego (!) Ogólnopolskiego Dnia Etnologii, Etnografii i Antropologii Kulturowej. 9 lutego 1895 roku, we Lwowie, powołano Towarzystwo Ludoznawcze, którego misję kontynuuje Polskie Towarzystwo Ludoznawcze. Ogólnopolski Dzień Etnologii, Etnografii i Antropologii Kulturowej jest nam, etnologom, etnografom i antropologom bardzo potrzebny. Ma bowiem przypominać, że wbrew temu, co ustalono 1 października 2018 roku, etnologia jest dyscypliną. Tego dnia etnologia i antropologia zniknęły z wykazu dyscyplin Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego. Nie będę uzasadniać, dlaczego decyzja jest zupełnie bezsensowna, nie będę wylewać żali. Zamiast tego, skupię się na obchodach 9 lutego, które myślę, że nie tylko mnie, ale i innych, podniosły na duchu. Zaangażowały się w nie instytucje z całej Polski – muzea, skanseny, jak i oddziały Polskiego Towarzystwa Ludoznawczego. Również ten w Warszawie. Pod koniec stycznia zaproponowano mi poprowadzenie spaceru, w ramach warszawskich obchodów. Muszę przyznać, że kiedy usłyszałam tę propozycję, od razu pojawiło się w mej głowie mnóstwo wątpliwości. Mam oprowadzać? Ja? Po pierwsze, nigdy wcześniej tego nie robiłam. Co innego oprowadzanie znajomych po okolicy, a co innego przeprowadzenie uporządkowanego spaceru, zaplanowanie trasy tak, by była interesująca. Jak ująć historię ponad pięciusetletniej wsi w półtoragodzinny spacer? Po drugie, miałam oprowadzać jako… etnolożka.. A etnologię studiuję w warszawskim IEIAKu dopiero od października 2019 roku! Nie czułam się godną przedstawicielką tej dyscypliny, bo wciąż się uczę, dopiero poznaję metody prowadzenia badań i przeprowadzenia wywiadów. Poczułam presję ale pozytywną, motywującą do działania. W końcu przelałam pomysły na papier, wymyśliłam trasę i przeszłam ją wieczorem, 8. lutego. Nagrałam mój monolog. Opowieść trwała, o zgrozo… 3 godziny. Niedobrze. Poszłam spać z duszą na ramieniu. Co pominąć? Co jest mniej ważne? Przecież muszę wspomnieć o Pani Lodzi, o dzieciakach z Orszady, o chodzeniu na szaber jabłczany, o panu Biberze, postrachu uczniów, o krowim zejściu, o 104, o czworakach, o…. No właśnie. Chciałam opowiedzieć o wszystkim!9 lutego, o 11:30 spotkaliśmy się na rogu Nowoursynowskiej i Nugat. Poszliśmy na południe. Przeszliśmy się Kokosową i Orszady, schodząc w dół skarpy. Spacer zakończyliśmy kilka minut po 13:00, na Imbirowej, w kawiarni Cake Me Up – pracownia słodkości, której właścicielce, Pauli, bardzo dziękuję za udostępnienie nam lokalu i przepyszne wypieki.Jeśli jesteście ciekawi, jak wyglądał nasz spacer, zachęcam do przejrzenia zdjęć. Dziękuję tym, którzy mi je nadesłali – Aleksandrze Karkowskiej, doktor Helenie Patzer i Szymonowi Sińskiemu. Dziękuję też doktor Amandzie Krzyworzece, Joannie Koźmińskiej i doktorowi Piotrowi Cichockiemu, którzy zaproponowali mi prowadzenie spaceru. Wreszcie, dziękuję tym, którym chciało się wstać rano, w lutową niedzielę i pojechać na koniec świata, którym dla wielu jest głębokie południe Warszawy. Byłam zaskoczona, że pojawiło się tylu gości. Naprawdę! Bardzo Wam dziękuję, że daliście mi szansę opowiedzieć o ważnym dla mnie miejscu. Dzięki temu spacerowi miałam okazję dowiedzieć się wielu nowych rzeczy – wśród spacerowiczów byli ci, którzy pamiętali dawną Wolicę. Nie zdążyłam wziąć od Was kontaktu – proszę, jeśli teraz czytacie ten post, odezwijcie się, pisząc na adres wolicaiokolica@gmail.com – chcę porozmawiać z Wami o Waszych wspomnieniach. Bardzo mi na tym zależy!Mam nadzieję, że już jesienią uda nam się wyruszyć na kolejny spacer po Wolicy i okolicy. Będę bogatsza o kolejne opowieści, które mam zamiar zebrać w wakacje. Ciąg dalszy nastąpi!